Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /var/www/html/users/f/e/ferberwww/www.ferber.pl/cms/___sql.php on line 6
Życie Ferberów | Sopot | Cafe Ferber - miejsce, w którym idealnie płynie czas
Ta strona używa ciasteczek (cookies) w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Czytaj więcej »

48-Herb_Ferberów.jpgGdańska rodzina Ferberów przez wieki odciskała piętno na historii oraz codziennym życiu miasta. Ferberowie prowadzili rozliczne interesy, głównie finansowe, pożyczając pieniądze wszystkim okolicznym władcom. W ten sposób, także z polityki uczynili wielce zyskowne przedsięwzięcie. Zasiadali w ławach sądowych, byli rajcami, burmistrzami, a nawet królewskimi burgrabiami Gdańska.

 

W kronikach zapisali się: Ebert, Jan, Maurycy, Konstantyn, Constantin, Johann Nathanael, Johann Sigmund, Carl Adolf i Nathanael oraz Gottfried Ferberowie. 

 

Wszyscy oni obdarzeni byli niezwykłym talentem do pomnażania majątku, a zyski lokowali w nieruchomości kupowane najczęściej za przysłowiowe grosze od władz miasta. Żenili się wyłącznie z najbogatszymi pannami, nie zwracając uwagi na ich urodę. Wszyscy obdarzeni byli niezwykłym temperamentem. Do tradycji rodzinnej przeszło posiadanie licznego potomstwa. Zarówno Jan Ferber, jak i Eberhard Ferber spłodzili po dziesięciu synów. Cenili przepych, ale też potrafili hojnie wspomagać gdańską kulturę i sztukę, wspierać szkolnictwo...

 

Założycielem rodu był Ebert Ferber, niemiecki kupiec, zajmujący się także lichwą. Osiadłszy w Gdańsku, wżenił się w patrycjuszowską rodzinę i szybko zdobył towarzyską pozycję i wpływy polityczne. Jego syn, Jan Ferber, był nie tylko uzdolnionym finansistą, ale także dzielnym i pomysłowym dowódcą.

 

Zasłynął fortelem w czasie oblegania miasta przez Krzyżaków w 1460 r. Oblegający postanowili Gdańsk wziąć głodem. Kiedy broniącym się mieszczanom pozostały już tylko trzy ostatnie z trudem upolowane dziki, Jan kazał zbombardować obóz zaciężnych wojsk świńskimi łbami. Oblegający nie mogli zrozumieć, jak to możliwe, że głodnych mieszczan stać na taką rozrzutność. Zwątpiwszy w sukces i szansę zdobycia bogatych łupów, znudzeni odstąpili od walk i rozeszli się. A Jan stanął na czele gdańskiej armii. Został rajcą i wieloletnim burmistrzem Głównego Miasta, a nawet królewskim burgrabią.

 

Syn Jana, Eberhard Ferber, jako młodzieniec uczył się w szkole we Włocławku, gdzie zetknął się z polskim językiem i poczuł się Polakiem. Aby zapewnić mu dobry start, rodzice wysłali go na dwór księcia Meklemburgii, gdzie pełnił honory pazia. Potem zmienił chlebodawcę i został paziem Bogusława X, Księcia Pomorskiego. Wraz ze swym pracodawcą wybrał się na pielgrzymkę do Ziemi Świętej.

 

Po drodze na morzu pielgrzymi zostali napadnięci przez tureckich piratów. Od niewoli uchroniła ich tylko interwencja Republiki Weneckiej. W czasie walk Eberhard wykazał się hartem ducha i ogromną sprawnością. Ryzykując własnym, uratował życie księciu. Za odwagę u Grobu Świętego został przez Bogusława pasowany na rycerza.

 

Dorosły Eberhard Ferber powrócił do Gdańska jako bohater i ekspert od spraw militarnych. Został rajcą, a potem na wiele lat burmistrzem miasta. Ponieważ miał nieograniczone ambicje, sprawował swój urząd niczym absolutny władca. Jako burmistrz, a zarazem niezwykle utalentowany negocjator wielokrotnie brał udział w zjazdach hanzeatyckich. Przy czym zawsze był lojalny wobec interesów Polski i króla.

 

Jego zasługi (głównie finansowe) dla Korony były tak ogromne i nieocenione, że w nagrodę podczas Zjazdu Wiedeńskiego w roku 1515 Zygmunt Stary nadał mu szlachectwo. W rodzinny herb Jan kazał wpisać owe „trzy łby dzików”, którymi wsławił się jego ojciec, a o których opowiadano anegdoty w całej Europie....

 

Eberhard Ferber uwielbiał przepych i demonstrował bogactwo i swoją pozycję polskiego wielmoży gdzie tylko mógł. W europejskich annałach zapisał się wjazd Eberharda do Wiednia na zjazd królów w 1515 r. Orszak gdańskiego szlachcica, który przyćmiewał orszak królewski Zygmunta Starego, był tak pyszny, strojny i bogaty, że wiedeńczycy obwołali go "gdańskim królem”.

 

Eberhard starannie przygotował inscenizację, chciał nie tylko pokazaæ swoją siłę i zasobność, ale całej Europie a cesarzowi przede wszystkim udowodnić niezależność, wolność i królewski charakter Gdańska. Żadnego z polskich magnatów nie było stać na tak ostentacyjny sposób bycia.

 

Gdańscy mieszczanie, a szczególnie inni bogaci patrycjusze nie akceptowali Eberharda Ferbera. Jego duma i ambicje przerażały ich i wzbudzały zawiść. Ferberowie nie cieszyli się też sympatią gdańskiego plebsu, choć potrafili niezwykle hojnie wspierać szkolnictwo. W zdobyciu sympatii gdańszczan nie pomagały Ferberom nawet ogromne zasługi Eberharda w likwidowaniu band czy wyjednanie u cesarza Maksymiliana zniesienia banicji, jaką w 1497 r. cesarz nałożył na Gdańsk.

 

Kiedy w 1522 r. Eberhard poniósł klęskę w organizowanej przez siebie morskiej wyprawie przeciwko Danii, rajcy podnieśli bunt przeciw „gdańskiemu królowi” i zmusili go do opuszczenia miasta. Nawet interwencja polskiego króla, który w niezwykle ostrych słowach napomniał mieszczan, okazała się bezskuteczna. Eberhard powrócił do miasta w 1526 r. tylko po to, by zrzec się wszystkich godności i urzędów. Na pociechę zostało mu tylko starostwo tczewskie, otrzymane od polskiego króla jako nagroda.

 

Eberhard Ferber znacznie rozszerzył rodzinne interesy, zajmując się nie tylko poży-czaniem pieniędzy, ale także handlem. A że chciał dorów-nać polskim arystokratom, nabywał ziemię w okolicach Gdańska. Eberhard miał też olbrzymi talent do pomnaża-nia majątku przez ożenek. Trzy jego żony, z małżeństwa na małżeństwo wnosiły coraz to większy posag, choć każda była brzydsza od poprzedniej. Szczególnie trzecia żona znana była z tego, że jej jedy-ną zaletą było ogromne wia-no. Sławny był też jego og-romny temperament, o czym świadczyć może liczne po-tomstwo - dziesięciu synów i córka.

 

W całej Europie znany był także porywczy i ambitny młodszy brat Eberharda, Maurycy Ferber. Zamiast kupiectwa czy finansów wolał jednak karierę kościelną. Po krótkich studiach w Anglii, uzyskał doktorat z prawa w Sienie i w Rzymie, a następnie przeniósł się do Watykanu, gdzie objął urząd notariusza Kurii Rzymskiej. Dzięki rodzinnym talentom i bogactwu został mianowany szambelanem papieża Leona X. A że na karierę w Rzymie nie miał wielkich szans, a ambicje ogromne, po kilku latach wrócił na Pomorze, gdzie objął funkcję kanonika warmińskiego. Kanonia nie dawała zbyt wielkich dochodów, toteż próbował rozszerzyć „swoje dobra” o kanonię lubecką, rewelską i dorpacką.

 

W 1512 r. został proboszczem kościoła Św. Piotra i Pawła, jednej z najbogatszych parafii w Gdańsku. Porzucił ją jednak dla urzędu kanonika w Trewirze. W końcu, w 1514 roku zadowolił się stanowiskiem proboszcza gdańskiego Kościoła Mariackiego. W 1523 roku wykorzystał swoje znajomości i za wstawiennictwem papieża i polskiego króla, wymusił na prymasie Janie Łaskim konsekrację na biskupa warmińskiego.

 

Maurycy Ferber był zagorzałym katolikiem i wrogiem reformacji, dumnym i władczym człowiekiem. Wierzył, że jego diecezja jest niczym jego królestwo. Jako biskup wydał edykt, w którym obwieszczał światu i Pomorzanom, że katolicyzm jest jedyną uznawaną religią na terenie jego diecezji, a kto chciałby ulec modzie i skłaniał się ku reformacji musi opuścić Warmię w ciągu miesiąca.

 

Maurycy także miał talent do finansów i handlu, zadbał o zasoby diecezji, jej rozwój gospodarczy, a osobista hojność pozwoliła na znaczny rozwój katolickiego szkolnictwa. Uwielbiał otaczać się ludźmi uczonymi, nie dziwi zatem, że biskup Maurycy Ferber za osobistego lekarza miał Mikołaja Kopernika.

Karierę kościelną Maurycy Ferber nie tyle z własnej woli, ile z przymusu. Zanim został księdzem, był bohaterem jednego z najgłośniejszych gdańskich romansów. Był młodzieńcem niezwykle zapalczywym i gorącej krwi. Od pierwszego wejrzenia zakochał się bez pamięci w Annie Pilemann, córce zagorzałych wrogów jego ojca. Choć dziś już nie wiadomo, czy jego miłosną gorączkę spowodowała uroda panny, czy raczej posag dziesięciu tysięcy grzywien złota.

 

Jan Ferber z wyboru syna ponoć nie był zadowolony, ale zagryzając wargi, w ojcowskiej miłości, udał się do Pilemannów w swaty. Spotkał się ze stanowczą odmową, bo rodzinie gdańskiej Julii nie imponowały ani bogactwo, ani towarzyska pozycja Ferberów. Maurycy okazał się jednak bardziej uparty niż ojciec i w tajemnicy, przez przekupioną służącą, wysłał do swej pięknej Anny tajemny list (po łacinie!), w którym zagroził, iż jeśli panna wybierze kogokolwiek innego na męża, to Maurycy uczyni coś, o czym gdańszczanie będą mogli dziesięciolecia pamiętać i plotkować.

 

Zakochana, a może po prostu przestraszona dziewczyna przesłała Maurycemu sztukę złota, co w tamtym czasie było równoznaczne z obietnicą małżeństwa. Bez zgody rodziców do ślubu dojść jednak nie mogło, a zgody tej żadną miarą nie można było uzyskać

 

Gdy na jaw wyszedł tajemny list Maurycego i groźby, między rodzinami doszło do publicznego sporu, toczonego na ulicach i przed sądami. A od wyroków lokalnych instancji, także biskupa, Maurycy wniósł apelację do Stolicy Apostolskiej. Waśń trwała wiele lat i nie zakończyła jej ani śmierć seniorów rodów ani ślub Anny.

 

Po blisko dziesięciu latach, mężowi jedynej córki Jana Ferbera - Matysowi Zimmermannowi udało się zawrzeć ugodę. To ów romans lub urażona ambicja były przyczyną, dla której Maurycy Ferber udał się do Rzymu i poświęcił się religijnej posłudze. Fakt faktem, że choć kochał mocno, nie chciał zgodzić się by posag panny ograniczyć do tysiąca grzywien złota...

 

W dziejach miasta w sposób szczególny zapisał się także najmłodszy syn Eberharda Konstanty Ferber. Po ojcu odziedziczył zarówno talent do pomnażania majątku, charakter, umiłowanie przepychu, jak i ambicje polityczne. W bardzo młodym wieku został rajcą, a wkrótce burmistrzem. Jak ojciec uważał Gdańsk za swoje królestwo, toteż o niezależność miasta walczył za wszelką cenę.

 

Prowadząc swoją prywatną wojnę, sabotował plany Zygmunta Augusta co do utworzenia polskiej floty. A kiedy w morskiej potyczce udało mu się pokonać i pojmać 11 królewskich kaprów, posunął się do wydania rozkazu ścięcia ich jako wrogów Gdańska. Ponieważ sądził, iż polscy królowie swobodom i wolności kupieckiej mogą zagrażać, opowiedział się po stronie Habsburgów i w zmaganiach o polski tron poparł cesarza Maksymiliana II przeciwko Stefanowi Batoremu.

 

Kiedy Batory wygrał elekcję, Konstanty Ferber namówił gdańszczan do buntu przeciwko królowi. Miasto było przez Batorego oblegane, a zmuszone do kapitulacji obłożone ogromną kontrybucją. Nie przyczyniło mu to sympatii mieszczan. Niechęć do polskich królów nie przeszkadzała Konstantemu pożyczać im pieniądze. Był bankierem zarówno Zygmunta Augusta, jak i Batorego. Pożyczał także królom szwedzkim i pruskiemu księciu, na wszelki wypadek jako wrogom polskiego króla. Prowadził bardzo rozliczne interesy handlowe, a zyski inwestował w nieruchomości.

 

Rozległe tereny wokół wsi Lipce, Rotmanka i Maćkowy nabywał od Rady Miejskiej za przysłowiowe grosze. Jego rezydencja w Niegowie nazywana została od imienia „Constantinopol”, ale przede wszystkim wyrażała ambicje Ferberów. W jego włościach działała karczma, która od rodowego herbu nosiła nazwę „Trzy świńskie łby”.

W przeciwieństwie do stryja Maurycego był zagorzałym luteraninem. Dzięki jego hojności założono w pofranciszkańskim klasztorze ewangelicką szkołę, późniejsze Gimnazjum Akademickie. Konstanty sponsorował głównie partykularz.

 

Syn Konstantego, Kostek Ferber stał się sławny już w niemowlęctwie. Niemal cudem bowiem został uratowany przed śmiercią. W czasie wizyty w Gdańsku młodziutkiego Zygmunta III Wazy, służąca Ferberów z Kostkiem na ręku, wychylając się z okna, pokazywała dziecku barwny orszak, a szczególnie zaś wypatrywali wystrojonego ojca. Kiedy huknęły działa na wiwat, służąca wystraszyła się, a maleństwo wymknęło się z ramion i runęło w dół.

 

Tłum zamarł, przerażony ojciec skoczył z konia i rzucił się na ratunek, ale na szczęście do domu Ferberów ze świeżą dostawą zmierzał rybak spod Pucka, Kryżan. Widząc co się dzieje, podstawił pleciony kosz pełen żywych jeszcze węgorzy. Kiedy niemowlę było już w koszu, Kryżan zakrzyknął: „Dzięki Bogu, rybka dała się złapać”. W zamian za swoją przytomność i zimną krew nie tylko otrzymał sowitą nagrodę od szczęśliwego ojca, ale także został doprowadzony przed oblicze króla. Wydarzenie to upamiętnia epitafium Ferberów w Bazylice Mariackiej.

 

Do dziejów rodziny Ferberów dopisać należy także anegdotę, a może jedynie legendę, związaną z rodzinną kamienicą przy ulicy Długiej. Kamienicę wzniósł w 1560 r.

Konstanty Ferber, a zdobiły ją herby Polski, Prus, Gdańska oraz herb rodziny.

Na szczycie kamienicy stały niemal żywe figury antycznych bohaterów. Legenda mówi, że właściciel kamienicy jako starzec zakochał się bez pamięci w młodej mieszczce, którą przymuszono do zamążpójścia. Panna męża nie kochała i oglądała się za młodszymi. Kupiec z rozpaczy i zazdrości udusił ją lub nie, ale zaledwie po roku młoda małżonka umarła. Wdowiec zaś roztrwonił majątek na eksperymenty magiczne, bo pośród wyrzutów sumienia postanowił zmarłą wskrzesić.

 

Pewnego razu łatwowierność zrozpaczonego małżonka wykorzystał wędrowny czarodziej, który przy pomocy wiernego sługi i psa usiłował zainscenizować obecność ducha. Coś jednak się nie powiodło, sługa i pies zmarli w trakcie seansu, a z zaświatów przybył natomiast korowód potępieńców, poczynając od Adama i Ewy. Korowód zamykali duch ojca gospodarza i jego żony. Choć obiecał się nie odzywać, podbiegł do ducha i błagał o przebaczenie.

 

Zjawa pogroziła mu tylko palcem, a zewsząd wydobywał się gęsty i gryzący dym. Gdańszczanin, przerażony tym co się stało, stracił przytomność. Kiedy się ocknął, nie zobaczył już czarnoksiężnika, ani sakwy złota dla niego przygotowanej, dostrzegł jedynie szczątki sługi i psa. Słaniając się, zdołał wychylić się z okna i zakrzyknąć: „Litości dla nędznego grzesznika”.

 

Po czasie kazał snycerzom ozdobić drzwi portretami Adama i Ewy, a ich imiona stały się odtąd nazwą kamienicy. Mieszczanie z daleka omijali kamienicę, nawet na nią nie patrząc. Na nowego właściciela musiała niezamieszkana czekać ponad sto lat. Tylko skazańców, prowadzonych na Szubieniczną Górę, prowadzono tutaj ku przestrodze. A nad głowami łamano im drewniane pręty na znak winy. Bywali śmiałkowie, którzy dla odkupienia duszy wdrapywali się na piętro i z okna krzyczeli „Litości mnie grzesznemu”.

Imię:
E-mail:
Temat:
Treść:
 
[ Zamknij ]